Basia, Basia, Basia ….oć tutaj

Wiewiorka2Niedzielne umiarkowanie słoneczne popołudnie. Zielony gwarny park Skaryszewski. Nasza wesoła rodzinka, wzmocniona obecnością babci Marioli, nieśpiesznie spaceruje krętymi alejkami rozmawiając o wszystkim i o niczym. Wędrujemy, kroczymy, człapiemy, tuptamy, chodzimy, ktoś szurnie, maszerujemy aż tu nagle jak królik z kapelusza na środek trawnika wyskoczyła wiewiórka. Mama jak to mama na wszystko zawsze jest przygotowana. Z malutkiej torebki bez dna wyjmuje woreczek pełen orzeszków i w krótkich słowach zachęca mnie do podzielenia się przysmakiem z wiewiórką. Jednak to babcia pierwsza łapie bakcyla karmienia, chwyta orzeszka od mamy, kuca i zaczyna kroczyć jak kaczka wołając hipnotyzujące słowa: basia, basia, basia. Jak się okazuje to działa. wiewiorka1Zwabiona wiewiórka szybkimi susami zbliża się do wyciągniętej ręki babci, chwyta orzeszek w swoje pazurki i rychło chowa się za drzewo. W jednej chwili w mojej głowie zapaliła się żarówka zrozumienia. Ja też tak chce, ja też chce dać wiewiórce orzeszka, wiewiórko wracaj, ja też coś dla ciebie mam. Na szczęście do akcji włączył się tatko i niczym wytrawny zwiadowca zaczął wyginać swoją długą szyję na wszystkie strony w poszukiwaniu kolejnych wiewiórek. Kolejna ruda kita została w mig namierzona. Co tchu w płucach pobiegłam we wskazanym kierunku od z miejsca wołając basia, basia, basia …oć tutaj. Na początku miałam małego stracha ale szybko oswoiłam się z sympatycznymi zwierzątkami. Od tego momentu kierunek spaceru był ściśle związany z obecnością wiewiórek a długość przechadzki z ilością orzeszków w woreczku. Mama została dystrybutorem łakoci, babcia – główną towarzyszką dokarmiania, tato – sokolim okiem, a ja – rozentuzjazmowaną fanką wiewiórek. Na koniec jeszcze dodam, że to częstowanie orzeszkami rudych gryzoni tak mi wyostrzyło apetyt, że u babci w tri-mi-ga wyczyściłam talerz z zupą wraz z dokładką.

 

Chcesz coś powiedzieć, śmiało, zostaw komentarz :)