Gru 27, 2016 - Natalka    Brak komentarzy

Łyżwy i chodzenie po lodzie 

Wśród świątecznego zgiełku tato znalazł dla mnie trochę czasu i zabrał na szkone lodowisko. Moje nogi na lodzie jeszcze nigdy nie były. Z tatą zawsze jest trochę pod górkę, ale bez nutki szaleństwa nie ma prawdziwej zabawy. Już samo zakładanie łyżew wywołało gęsią skórkę. Przecież w tym się nie da chodzić. Tato skwapliwie przyznał rację. W łyżwach się nie chodzi, na łyżwach się jeździ. I delikatnie wypchnął mnie na lodowisko. Od razu złapałem się barierki obiema rękoma i w duchu przysięgłam jej nie puścić aż do końca atrakcji. Oczywiście tato miał lepszy pomysł złapał mnie za rękę i pociągnął na środek ślizgawki. Za chwilę zaliczyłam pierwszą glebę. Pół minuty później drugą i trzecią a po kolejnych dwóch niby krokach czwartą. Tato coś mi tam próbował tłumaczyć ale tak naprawdę sam nie wiedział jak poruszać się na łyżwach. Następne 10 minut to była nasza walka o dojście do barierki. Drobiliśmy kroki jak gejsze – nie działało, posuwaliśmy się na zgiętych kolanach – również bez rezultatu. Upadek gonił upadek. Jednakże pomimo sromotnej porażki i wysokiego stopnia inwalidztwa ruchowego ubaw mieliśmy po pachy. Ostatecznie udało dotrzeć się do balustrady. Po chwili podjechał do nas miły pan, który się nad nami zlitował i w kilku prostych słowach wytłumaczył jak prawidłowo jeździć na łyżwach. Podziękowaliśmy za darmową lekcję i postanowiliśmy pokazać że jesteśmy pilnymi uczniami. Wskazówki wyglądały na łatwe do wcielenia w życie, ale tylko tak wyglądały. Jedyne co udało się osiągnąć to zmniejszenie ilości upadków o połowę i opanowanie nazwijmy to posuwistego chodzenia po lodzie. I to by było na tyle, czas się skończył i trzeba było wracać do domu. Pierwszy kontakt z lodowiskiem nie zakończył się sukcesem, ale bankowo po świętach spróbuję drugiego podejścia.

Chcesz coś powiedzieć, śmiało, zostaw komentarz :)