Sty 30, 2017 - Natalka    Brak komentarzy

Gdy nie ma sanek…

Gdy nie ma sanek to można zjeżdżać… no właśnie, na czym. Sama bym na to nie wpadła, ale inne dzieci nie miały z tym problemu. Niedziela, spacer, park. Była górka, dosyć stroma, oblodzona, wyjeżdżona, idealna. Aż się prosiło o sanki. Ale sanek brak i nagły smutek, smuteczek. Ale patrzę uważniej inne dzieci też sanek nie mają i zjeżdżają czym popadnie. Prym wiodła pupa i brzuch. Zimowe spodnie od kombinezonu, ocieplana kurtka to miękkie, grube odzienie z dobrą amortyzacją doskonale sprawdzające się na szybkiej oblodzonej trasie. Błagalny wzrok na mamę czy da zielone światło. Na początku krótkie pomarańczowe, jakby wahanie, obawa, ale zaraz potem zielona lampka i już pędziłam pod górkę na pierwszy zjazd. Kładę się na brzuchu, głowa na przodzie, wygięta jak kot, ręce szeroko, nogi złączone. Ruszyłam, powoli nabierając prędkości, ale nie za szybko, w granicach rozsądku. Zjechałam jak pingwin z lodowej góry. Na dole szybkie otrzepanie i szybko na kolejny zjazd. Póki się mama nie rozmyśli. Kapitalna sprawa. Szkoda, że tato nie zrobił zdjęcia, bo tak musicie uwierzyć na słowo. Naprawdę zjeżdżałam na brzuchu, nie kłamie.

     

Chcesz coś powiedzieć, śmiało, zostaw komentarz :)