Cze 28, 2018 - Natalka    1 Komentarz

Rimini – relacja na gorąco

Właśnie wróciłam z rodzinnych wakacji z Rimini i na gorąco, póki głowa pełna jeszcze wrażeń, opiszę co takiego ciekawego nas spotkało. Oczywiście było wspaniale bo inaczej przy rodzicach napisać nie wypada. Przygody zaczęły się już na lotnisku kiedy na odprawie u taty na ubraniu znaleźli śladowe ilości materiałów wybuchowych. Na szczęście powtórka testu była negatywna i mogliśmy wsiąść na pokład. Podejrzewamy że mama do pralki wsypuje za dużo proszku do prania. Jak skrupulatnie wyliczył tata, podróż od drzwi do drzwi trwała 5,5 godziny. Nasz pokoik hotelowy był mały ale ładny i wygodny. 3 minutki od morza. Samo Rimini jest bardzo turystyczne. Tam gdzie mieszkaliśmy to tylko hotele, restauracje, lodziarnie, puby i sklepy z badziewiem jak mawia tatko. Kolacje jedliśmy w restauracji Bounty, która wyglądała jak statek piracki i obsługiwana była przez kelnerów przepranych za piratów i piratki. A piracka pizza palce lizać. Oczywiście nie mogło zabraknąć lodów. Codzienne inna lodziarnia, odkrywanie nowych smaków i podjadanie sobie nawzajem. Rano jak to nad morzem opaliliśmy się na plaży i skakaliśmy na morskich falach. Woda była ciepła ale do zupy trochę jej brakowało. A plaża to nie jak nad polskim morzem samowolka i festiwal parawanów, tutaj na całej długości plaży, jak okiem sięgnąć, leżaki i parasole poustawiane w równych rzędach jak do defilady. Minus taki że wszystkie płatne. Pogoda była w sam raz. To nie były jeszcze upały a takie przyjemne ciepło. Wieczorami się schładzało, także lekka bluza była wskazana. A skoro o wieczorach mowa to właśnie wtedy miasto ożywało. W dzień kręcili się tylko turyści w strojach kąpielowych za to wieczorem otwierano przeróżne kramy z niecodziennymi atrakcjami. Do tych najciekawszych zaliczę uliczną grę w 3 kubki na pieniążki (myślę, że jak by tato dał mi spróbować to bym wygrała drugie wakacje) oraz malowanie obrazów sprayem (pan Włoch za pomocą puszek z sprayem kreował prawdziwie kosmiczne pejzaże). Jednak największe wrażenie zrobiła na mnie wycieczka do delfinków. Pokochałam te zwierzaki. Są takie śliczne, radosne i superowe. Za to najdziwniejsza przygoda to przymusowy przystanek pod klubem nocnym na czas burzy. Przez godzinkę staliśmy obok zdjęcia pani, która zapomniała założyć staniczka i dziwnie się wyginała. Rodzice tajemniczo milczeli na ten temat. Za to najwięcej atrakcji na metr kwadratowy było w parku rozrywki Mirabilandia. Rollercoastery, kolejki górskie i wodny, karuzele kręcące się w dół, bok i wszerz. Długo by opowiadać. Cały dzień z poziomem adrenaliny 500%. I dane mi było zobaczyć najprawdziwszą trąbę powietrzną. Leżymy sobie na plaży a tu z jednej strony błękitne niebo a z drugiej granatowe chmury i szalejąca po morzu trąba powietrzna. Ratownicy mieli pełne gwizdki roboty, wyganiali wszystkich kąpiących na brzeg a najlepiej to do domu. Oczywiście wszystko przemija nawet najdłuższa żmija. Tydzień upłynął szybko, ale w pamięci rodzinne wakacje w Rimini pozostaną myślę jeszcze długo. Tymczasem muszę odpocząć, bo odpoczynek we Włoszech był odpoczynkiem tylko z nazwy i czuję, że trochę się zmęczyłam tym plażowaniem.

     

1 Komentarz

  • komentarz wspaniały, czułem się czwartym uczestnikiem wakacyjnym , pozdrawiam .

Chcesz coś powiedzieć, śmiało, zostaw komentarz :)