Browsing "Ciocia Ewelina"

Serwis informacyjny

Natala FMSłuchacie właśnie radia Natala FM. Mamy poniedziałkowy słoneczny poranek, godzina 10:00, a więc czas zacząć przegląd najważniejszych wiadomości minionego weekendu.

Jak podają lokalne media, w ubiegły piątek doszło do pierwszego dłuższego kryzysu u Natalki w przedszkolu. Z przeprowadzonych rozmów z opiekunkami Natalki wynika, że dopiero teraz dziewczynka zdała sobie sprawę o wkroczeniu na wyższy poziom samodzielności i musi minąć trochę czasu aby mała przedszkolanka zdołała sobie wszystko poukładać w główce. Natalko trzymaj się, jesteśmy z Tobą.

W sobotę w miejscowości Skierkowizna w pięknym drewnianym kościele odbył się sakrament Chrztu Świętego Jasia T. Wśród zaproszonych gości znaleźli się wszyscy najbliżsi przedstawiciele rodziny wraz z seniorami i juniorkami rodu. Główny bohater uroczystości przyjął to niezwykłe wydarzenie wyjątkowo spokojnie i cicho. Przez całą mszę świętą zachowywał się nienagannie napawając rodziców dumą. Po mszy świętej rodzina wraz z gośćmi przeniosła się do pobliskiego rancza gdzie z dala od kamer reporterów odbyła się druga, biesiadna część uroczystości.

Pani Janina O. ze wsi Kaki Mroczki może pochwalić się w tym roku pięknymi plonami wyhodowanymi w przydomowym ogródku. Podczas weekendowej wizyty rodziny zebrała zasłużone gratulacje za niesamowicie obfite zbiory pysznych pomidorków koktajlowych, ogórków gruntowych i chrupiących marchewek. Redakcja radia winszuje rodzinie takiej gospodyni a Pani Janinie życzy dalszych sukcesów w ogródku jak również poza nim .

W niedzielę, przy ciastach i owocach, doszło do spotkania dwóch lokalnych, szanowanych biznesmenów – Dariusza M. i Krzysztofa T. Panowie żywo dyskutowali o planowanej nowej inwestycji, która podobno ma dotyczyć zakupu niszczejącego budynku po dawnej szkole podstawowej i zamienienia go w nowy obiekt o nieznanym jeszcze przeznaczeniu. Natala FM będzie bacznie śledzić kolejne poczynienia w tej sprawie o czym oczywiście na bieżąco będziemy informować słuchaczy.

A teraz na dalszą dobrą kontynuację dnia zapraszamy do nucenia pod nosem wiekowego szlagieru z polskich lasów – „Jesteśmy jagódki, czarne jagódki”.

Puk, puk, puk ……czy to świat?

Fot: Baby Delivery by erinlee

Fot: Baby Delivery by erinlee

Po wielu dniach oczekiwania i spoglądania w kalendarz wreszcie przyszedł na świat Jaś, pierworodny synek cioci Ewelinki i wujka Krzyśka. Bocian z zawiniątkiem w dziobie miał się pojawić 10 dni temu, ale podejrzewam, że ze względu na masę utęsknionej przez rodziców paczuszki (o tym za chwilę), musiał robić częste przystanki i długo odpoczywać. Osoby, które widziały jak bocian nadlatuje relacjonowały, że ptak od ciężaru szyję miał już tak nadwyrężoną, że swoim wyglądem do złudzenia przypominał strusia ze schowaną głową w piasek. Nie będę już Was dłużej trzymać w zaciekawieniu i zdradzam że mały duży Jaś na dzień dobry ważył tylko 5 kg i miał 63 cm wzrostu. Podejrzewam, że ciocia i wujek są tym całym wyczekiwaniem bardzo zmęczeni, ale też bardzo szczęśliwi i dumni ze swojego dzidziusia. Jak trochę odpoczną i nabiorą sił to poproszę rodziców byśmy pojechali w odwiedziny do Jasia by przywitać malucha na świecie. Także nasza rodzinka powiększyła się o kolejną osóbkę a ja w niedalekiej przyszłości zyskam kolejnego towarzysza do psot i zabaw. W Kakach tworzy się całkiem niezła paczka (Mati, Ola, Madzia, Maja, Jaś i Ja), która miejmy nadzieję będzie rządzić tą wioską.

Paznokietki

PaznokietkiTo nie żaden żart, żadne Prima Aprilis, mam pomalowane paznokietki jak mała dama. Specjalnie zresztą dzisiaj o tym piszę, by nikt nie pomyślał, że chce zrobić psikusa i go nabrać. Nic z tych rzeczy. Na moich wszystkich prawdziwych dziesięciu paluszkach u rączek, widnieje prawdziwy czerwony lakier, nałożony prawdziwym pędzelkiem do malowania przez prawdziwą super ciocię Ewelinkę. Jaka byłam dumna i podekscytowana kiedy ciocia robiła mazu mazu. Na całym ciele czułam dreszczyk emocji i przyjemne ciarki na plecach. Jak tylko ciocia skończyła malować, szybko pobiegłam pokazać się wszystkim jaka ze mnie mała kobitka. Mama była zachwycona. A tatko na początku chyba był trochę zły, ale jak zobaczył jak mi się śmieją oczy i jaka rozpiera mnie duma od razu zmienił zdanie i podziękował cioci, że zrobiła mi taką frajdę. Od dwóch dni co chwila zerkam na swoje paluszki i jeszcze nie mogę się nacieszyć. Jaka to radocha być kobitką.

Debiutancka publikacja książkowa

Zdecydowałam się na wydanie swojej debiutanckiej książki w wersji albumowej. Poniżej przedstawiam recenzję jaka została zamieszczona na łamach nieistniejącego miesięcznika „Zuchy maluchy”.

Album „Pierwsze 400 dni podróży przez moje życie” pokazuje znane i unikalne zdjęcia autora – Natalii Stawickiej, obrazujące początkowy okres życia i szczęśliwe dorastanie. Poszczególne rozdziały opisują wszystkie etapy wieku niemowlęcego. Zatem wraz z autorem odkrywamy okres leżakowania, siedzenia, pierwsze próby przemieszczania i chodzenia, poznajemy również najbliższą rodzinę i przyjaciół autora oraz najważniejsze wydarzenia z jego życia. Interesujące krótkie opisy stanowią doskonałe uzupełnienie fotografii. Całość stanowi prawdziwą ucztę dla oczu i duszy sympatyków małej dziewczynki o imieniu Natalia.

Oficjalne zakończenie wakacji

Wszystko co dobre szybko się kończy. Tegoroczne wakacje uznaje oficjalnie za zakończone. Ostatni dzień rodzinnego urlopu spędziliśmy u Pana Fryderyka Chopina w jego dworku w Żelazowej Woli. Pan Chopin był bardzo towarzyski i wszystkim gościom spacerującym po pięknym kolorowym parku grał na fortepianie. Uważam, że wakacje zamknęliśmy z klasą i fasonem. Już za rok kolejne. Ciekawe gdzie tym razem nas los poniesie. Papa wakacje papa.

Tak się bawi, tak się bawi NA-TA-LKA

W poprzednim wpisie poznaliście w  jak uroczym miejscu spędzałam wakacje a teraz poczytajcie co się tam działo. A działo się sporo. Zacznę z grubej rury. Zrobiłam swoje pierwsze samodzielne kroki. Bawiłam się na plaży i tak jak siedziałam tak wstałam, moment koncentracji, pierwszy krok, drugi, trzeci, czwarty, piąty i powrót do zabawy poprzedzony klasycznym telemarkiem i łagodnym posadzeniem pupy na piasku. Trzeba było zobaczyć  miny moich rodziców. Przecierali oczy ze zdumienia. A potem tacy byli ze mnie dumni, że wyglądali prawie jak pawie z warszawskich Łazienek. Niespodzianki mają to do siebie, że mało kto jest na nie przygotowany, dlatego dopiero moje drugie podejście tatko nagrał na kamerę.

 

Mało Wam – proszę.

Przełamałam niechęć do wody i nauczyłam się pływać w pontonie, a nawet brodzić w baseniku. Zobaczyłam jak Brook, moja rówieśnica z Anglii zasuwa jak motorówka po wodzie i stwierdziłam, że nie mogę być gorsza. Dałam mamie do zrozumienia, że podejmuje jeszcze jedną próbę zbratania się z wodą i hop siup fiku miku jestem sama w baseniku. Zabawa w wodzie jest spoko. Od razu z rodzicami odkryliśmy niezbadaną ilość różnych atrakcji związanych z pluskaniem. Jak już powiedziało się A trzeba powiedzieć B, poszłam za ciosem i odważyłam się wejść do morza. Oczywiście pod baczną opieką mamy. W wielkiej wodzie nie czuję jednak jeszcze się pewnie i na razie zostanę przy baseniku. Ale i tak było bardzo przyjemnie, bo tato zrobił dla mnie sztuczne bajorko na plaży i tam wybawiłam się do woli.

 

Mało Wam – proszę.

Potrafię pić ze słomki. Jak wakacje to wakacje. Leżenie na leżaku, opalanie się i picie drinków ze słomki. Rodzice mogą to dlaczego nie ja. Dajcie spróbować. Dali, a czemu mieli by nie dać. Najpierw myślałam, że ten plastikowy drucik się gryzie, ale popatrzyłam na tatę, który coś tak jakby tą rurkę wsysał czy coś. Kurcze, myślę spapuguje. I jak się nie zachłysnę. Szok. Ale pozytywny szok. Rodzice nie myśleli, że dam radę i wiecie co mi dali do picia – Sprite z lodem. Pycha.

Mało Wam – proszę.

Pływałam z tatą na kajaku po morzu. I nawet sama wiosłowałam. Byłam na całodniowym rejsie statkiem wycieczkowym, co prawda połowę trasy przespałam, bo bujało i mnie statek ululał, ale byłam. Spałam na dworze po północy. Rodzice imprezowali a ja przykryta kocykiem miło chrapałam na letnim powietrzu. Było przyjemniutko. Co jeszcze. Widziałam żółwie, jadłam rodzynki, rozwalałam wszystkie napotkane na plaży baby z piasku, tańczyłam zorbę, dostawałam w prezencie od greków balony i papierowe koguciki i nade wszystko podziwiałam uroki wyspy oraz zaczepiałam niezwykle sympatycznych i zawsze uśmiechniętych greków.

Mało Wam – uważam, że wystarczy.

Na koniec pragnę jeszcze wznieść toast, siorpiąc sok jabłkowy przez słomkę, na cześć magicznej greckiej wyspy Zakynthos, za wszystkie przeżyte przygody i wspaniale spędzony czas w doborowym towarzystwie  – YAMAS!  Zakhyntos  YAMAS!

PS – Powoli staję się to rytuałem. Dziękuje moim stałym, etatowym wyjazdowym opiekunom – cioci Ewelince i wujkowi Krzyśkowi za miłe towarzystwo, rozpieszczanie i spełnianie moich zachcianek, szczególnie za noszenie mnie na rączkach i chodzenie ze mną za rączkę tu i tam. Jesteście jak to mówił barman Yanis – good people.

Sesja foto

Mam, mam, mam. W końcu się doczekałam. Długo to trwało, ale warto było czekać. Jestem taka podekscytowana, że nie wiem co napisać. Normalnie emocje nie pozwalają mi się skupić. Na całym ciele mam gęsią skórkę, a uśmiech szerzy się od ucha do ucha. Po miesiącu czekania ciocia Ewelinka i wujek Krzysiek nareszcie dostali od sympatycznej Pani fotograf zdjęcia z plenerowej sesji ślubnej. Moje podniecenie bierze się stąd, że na tą sesję zostałam oficjalnie zaproszona i miałam w niej malutki epizod. Takie samo zaproszenie dostała również Majusia i moi rodzice. Pamiętam jak dziś; zdjęcia były robione na warszawskiej Starówce i okolicach, ciepłym letnim wieczorem, w cudownej magicznej atmosferze. Zaciekawieni przechodnie uśmiechali się do nas przyjaźnie, a Państwo Młodzi będąc w doskonałych nastrojach, świetnie się bawili pozując w romantycznych i śmiesznych pozach do pamiątkowych fotek. Niesamowita zabawa uczestniczyć w takiej sesji.  Jak będę już dorosła to chyba zostanę modelką. Jeszcze tego nie wiem na pewno, ale muszę poważnie rozważyć taką ewentualność. Myślicie, że się nadaję do tej roli?

PS. Dla głodnych wrażeń przesyłam odnośnik do fantastycznych fotek całej sesji Młodej Pary – Sesja plenerowa cioci i wujka

W gościnie u Pani Bozi

Korzystając z okazji, że na łamach mojego bloga mam najwięcej do powiedzenia, w krótkich słowach chcę bardzo serdecznie podziękować cioci Ewelince i wujkowi Krzyśkowi za opiekę nad moją skromną osobą na weekendowym wyjeździe. Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę ale to dzięki Wam moi rodzice mogli się pobawić na weselu i trochę się rozerwać. Swoją drogą to musieli być trochę zestresowani bo co jakiś czas dzwonili i pytali się czy wszystko w porządku. Spoko wodza, jedną noc bez Was wytrzymam. Na dłużej mnie nie zostawiajcie bo się pogniewam i zapłaczę, ale na jedną nockę możemy się rozstać. Zresztą wcale nie miałam czasu tęsknić, gdyż z ciocią i wujkiem w naszym pokoiku przy kościółku u Pani Bozi zrobiliśmy sobie własną imprezkę i też balowaliśmy do zmroku a nawet trochę dłużej. Koniec końców rodzice mieli masę atrakcji, ja miałam masę atrakcji i mam nadzieję, że ciocia i wujek też miło spędzili czas. Ciociu, wujku przesyłam Wam pełną garść buziaków słodziaków.

Lekki falstart

W zeszłym tygodniu całą rodzinką pełni nadziei na dobrą imprezę i radośni pojechaliśmy do cioci Ewelinki i wujka Krzyśka na ich ślub i wesele. Miało być tak zabawnie. Byłam taka podekscytowana i ciekawska. Tak mi mama opowiadała co się tam będzie działo. A zła burza pokrzyżowała mi szyki.

Wszystko było zaplanowane. Miałam planowo iść z tatą na spacerek by się wyspać i być gotowa na pełny wrażeń wieczór, aż tu nagle oberwanie chmury, błyskawice i wiatr.  No i zostałam w domku, a tam przygotowania pełną parą, więc gwar, harmider i zamieszanie. Malowanie, przebieranie, dmuchanie balonów, prasowanie, przyjazd fotografa i kamerzysty. Tyle rzeczy do zobaczenia, że spać się nie chciało. Tylko, że jestem malutka i natury nie oszukam. Sen przyszedł w kościele a ja nadal spać nie chciałam. Chicho do niego gadam idź sobie śnie, idź. A on stoi i w oczy zagląda. To ja oczki przecieram by go wygnać, a on mi wskakuje do buzi i ziewam. Nie mogłam sobie dać rady i się popłakałam. Na weselu to samo, drę się uciekaj śnie ja chce się bawić, ale on głuchy, obok stoi i na mnie czeka. W końcu rodzice odprowadzili mnie do łóżeczka. Powiedzieli, że jeszcze przede mną będą kolejne śluby i wesela. Pocieszona tym faktem szybko zasnęłam.

Na Poprawinach wszystko już było w porządku. Spotkałam się z dalszą rodzinką. Nawet nie wiedziałam, że mam tyle braci i siostrzyczek. Zrobiłam sobie fotkę z Państwem Młodym (w nawiasie wam powiem, że w kościele wyglądali cudownie). Nie omieszkałam także trochę poćwiczyć nauki chodzenia, ale o tym innym razem.

Weekend w Kakach Mroczkach

Serwus!!!

Tym razem pojechałam z rodzicami w odwiedziny na wieś do Kak. Pogoda na szczęście dopisała i w związku z tym całe dwa dni przebawiłam się na dworzu. Miodzio. Wrażeń było bez liku. Nie wiem czy wszystkie spamiętam, bo tyle ich było, ale po kolei:

Mama pokazała mi kurki ko-ko. Takie małe ptaszki co biegają krzywo na dwóch nózkach i bujają się przy tym na boki,

Tato znalazł malutkiego kotka miau-miau, który pazurki już miał,

Spałam i chrapałam w lesie z Tatą,

Siedziałam na kamieniu i podziawiałam świat tak jak Mama gdy była mała. Długo bym tak nie wytrzymała, trochę nudno,

Buszowałam w zbożu,

Zbierałam stokrotki i chabry na polu oraz bawiłam się szyszkami w lesie.

Rety, rety, ale tego było. Nie ochłonęłam jeszcze po tym wyjeździe a już nie mogę się doczekać kolejnej wycieczki. Tylko gdzie to będzie. Odkrywanie świata jest takie ekscytujące.