Browsing "Dziadek Marian"
Wrz 19, 2013 - Dziadek Marian, Natalka    Brak komentarzy

Idzie nowe

ZmainyWrzesień zdecydowanie stoi pod znakiem nowego. Gdzie się nie obejrzę znajduję zmianę. Mniejszą, większą ale zmianę.

Patrzę w lewo a tam przedszkole. Już minął miesiąc odkąd po raz pierwszy postawiłam stopę w Pomarańczowej ciuchci. Nie chodzę chętnie do przedszkole ale co mam zrobić jak mus to mus. Raz popłaczę w szatni więcej, raz popłaczę mniej, ale jak już się wypłaczę to nawet nawet mi się podoba. I leżakowanie nie jest już takie bleee. Do wszystkiego można się przyzwyczaić a z czasem polubić.

Patrzę w prawo a tam mama wraca do pracy. Niedługo koniec z rannym tuleniem i wspólnym oglądaniem rano bajeczek. Mama będzie spieszyć się do pracy i nie będzie już miała tyle wolnego czasu. Oznacza to, że część porannego rytuału spadnie na tatę. Ubieranie, wspólne śniadanko, spacer do przedszkola. Niby tatko jest spoko……ale zima to zima, lato to lato, mama to nie jest to samo co tato.

A jak spojrzę w przód to widzę przeprowadzkę do nowego mieszkanka. Rodzice wykombinowali nowy większy domek. Teraz każdy będzie miał swój pokój i dużo miejsca do biegania. Na osiedlu są trzy różne plac zabaw, kolorowa fontanna, zielone altanki i dużo zakamarków to odkrycia. Na razie rodzice są w trakcie prac remontowych. Poprosili dziadka Mariana o pomoc i wspólnie malują ściany w jasnymi barwami . Mój pokój będzie miał żółty, słoneczny kolor. Ciekawe jaki będzie finalny efekt prac ekipy remontowej.

A jak spojrzę to tyłu to widzę swoje dotychczasowe osiedle, z którym niedługo będę musiała się pożegnać. Bardzo polubiłam to miejsce i trochę żal będzie je opuszczać. Tutaj mieszka przecież Maja, Mateusz, moi podwórkowi koledzy i koleżanki z Olkiem, Madzią i Piotrkiem na czele.  To tutaj przecież poznawałam świat, robiłam pierwsze kroki, nabijałam pierwsze siniaki i śliwki. Ach. Na szczęście nie przeprowadzamy się daleko, jedynie 5 minut dalej, co oznacza, że jak najdzie mnie ochota to szybko będę mogła odwiedzić stare kąty.

Tak wrzesień do zdecydowanie okres zmian.

Spotkanie na kocyku

Kolejny weekend, kolejna słoneczna pogoda, kolejny wypad na zieloną trawkę. Tym razem na świeżym powietrzu towarzyszyli nam: dziadek Marian oraz Julka z rodzinką. W parku jak to w parku był koc do leżenia, były zabawy w berka i tym podobne, były komary i były frykasy. A skoro o frykasach mowa to nie można tu nie wspomnieć o ugruntowanej już tradycji wujka Michała, który za każdym razem częstuje mnie nową słodkością. Po żelkach i lizaku wujek „wyciągnął z kapelusza” watę cukrową. Ogromna, biała kula, słodkiej, lepiącej się do rączek waty szybko zyskała moje uznanie. I co z tego, że byłam cała pobrudzona. Najważniejsze, że wata była pycha. Podobno dzieci dzielą się na czyste i szczęśliwe. Ja z całą pewnością  należę do tej drugiej grupy.

Natalka w sukience Na kocyku2 Na kocyku1 Wata cukrowa - pyszna i zdrowa?

Debiutancka publikacja książkowa

Zdecydowałam się na wydanie swojej debiutanckiej książki w wersji albumowej. Poniżej przedstawiam recenzję jaka została zamieszczona na łamach nieistniejącego miesięcznika „Zuchy maluchy”.

Album „Pierwsze 400 dni podróży przez moje życie” pokazuje znane i unikalne zdjęcia autora – Natalii Stawickiej, obrazujące początkowy okres życia i szczęśliwe dorastanie. Poszczególne rozdziały opisują wszystkie etapy wieku niemowlęcego. Zatem wraz z autorem odkrywamy okres leżakowania, siedzenia, pierwsze próby przemieszczania i chodzenia, poznajemy również najbliższą rodzinę i przyjaciół autora oraz najważniejsze wydarzenia z jego życia. Interesujące krótkie opisy stanowią doskonałe uzupełnienie fotografii. Całość stanowi prawdziwą ucztę dla oczu i duszy sympatyków małej dziewczynki o imieniu Natalia.

Dziękuje Święty Mikołaju

Teraz to już wiem z całą pewnością, że byłam bardzo grzeczna w tym roku, bo w przeciwnym razie nie dostałabym takiej ilości prezentów. Opłacało się szeroko otwierać buzię przy obiadkach i spokojnie leżeć przy zmienianiu pieluszek. Wszystkie prezenty są cudowne i za wszystkie ogromnie dziękuje. Ciekawa tylko jestem skąd Mikołaj wiedział, że właśnie chcę dostać takie podarki a nie inne. Zresztą nieważne, zapewne ma jakiś tajemniczy sposób. Ale prezenty to nie wszystko. Święta to był dla mnie przede wszystkim czas rodzinnych spotkań przy pięknie ubranej i rozświetlonej choince, łamanie opłatkiem, śpiewanie kolęd i wspólne biesiadowanie. Odwiedziłam także z rodzicami żłobek Pana Jezusa, przy którym było tyle różnych zwierzątek, że na oczy w życiu tyle jeszcze nie widziałam. Wieczorem była kolejna atrakcja. Korzystając z odrobiny śniegu, który ostał się w babcinym ogródku rodzice urządzili mi i Olci mini kulig na sankach przy ślicznie rozświetlonym reniferze Świętego Mikołaja. Ale jak mówią starzy górale z nad morza – „Święta, święta i po świętach”. Czas wracać do codziennych domowych obowiązków i hurra, nowych zabawek. Serduszko naładowałam ciepłem wigilijnego ogniska, także w tą dzisiejszą brzydką pogodę wcale mi nie jest zimno, wręcz przeciwnie jestem rozgrzana w środku do czerwoności. Święta Bożego Narodzenia to mocna rzecz.

Mała przyjemna epidemia

Nie ma chyba osoby na świecie, która nie lubi obchodzić urodzin. W sobotę swoje święto miał dziadek Marian, który jak się domyślam ma więcej lat niż ja swoich zabawek a cieszył się z odwiedzin naszej rodzinki jakby nas zobaczył po raz pierwszy od dłuższego czasu. Z kolei, w niedzielę, pierwsze urodzinki obchodziła moja siostra Maja, którą widuję praktycznie codziennie, także można rzec, że jesteśmy jak stare znajome i w tym przypadku również solenizantka radowała się niezmiernie na mój widok. Jak widać radość nie zna granic, potrafi dopaść każdego znienacka jak katar. Szczególnie zaraźliwa jest w okresie urodzin. Atakuje stadami i zaraża wszystkich wokół bez wyjątku. Taka mała przyjemna epidemia. Ciekawe czy również jak katar trzyma tydzień i nie chce opuścić człowieka. Do głównych objawów należy zaliczyć radosną buzię, śmiejące się oczy, pogodny wyraz twarzy i częste napady śmiechu.  Zadzwonię za parę dni do dziadka i odwiedzę siostrę by sprawdzić jak sobie radzą z epidemią. Co do mojej osoby to epidemia radości trzyma mnie nadal. I dobrze niech mnie jeszcze trochę potrzyma. Kto ma niedługo urodziny niech uważa, epidemia atakuje.

Dzień wolnego

Dałam rodzicom całe popołudnie wolne. A co tam. Okażę trochę zrozumienia i pozwolę mamie i tacie trochę się rozerwać i zaczerpnąć powietrza pachnącego wolnością. Tylko nie nawdychać mi się go za dużo, bo jeszcze się uzależnicie i będę miała kłopot. Z umiarem drodzy rodzice, z umiarem. Zawieźcie mnie tylko do dziadka Mariana, gdzie skrzynia pełna zabawek i wiele kątów do zbadania, a potem uciekajcie by robić czego dusza zapragnie. Nie musiałam długo czekać na reakcję. Rodzice szybko na wszystko grzecznie się zgodzili i zaczęli ożywioną dyskusję na co przeznaczą ten cenny czas. Po burzliwej aczkolwiek bez piorunów wymianie zdań ustalili, że pójdą do kina obejrzeć „Mój rower”. Z tego co mi wiadomo, to rowery ogląda się w sklepie z rowerami, ale nie będę się wtrącać to czas rodziców, niech robią co chcą. Na miejscu u dziadka zrobiłam małą odprawę. Drodzy rodzice słuchajcie mnie uważnie bo nie będę powtarzać. Bawcie się dobrze, wyłączcie telefony, nie martwcie się na zapas, ma być pełen relaks, luz i spokój. Damy sobie z dziadkiem świetnie radę. I uwaga na koniec najważniejsze. Patrzcie mi w oczy i kiwnijcie głowami, że zrozumieliście. Macie być z powrotem po córeczkę najpóźniej o 19:30. Zrozumiano. Tak to dobrze. A teraz spocznij i możecie odmaszerować. Czas start. Polecieli jak konie na gonitwie. No dobra dziadku rodziców mamy z głowy to może zajrzymy najpierw do tej magicznej skrzynki z zabawkami, co?

Wyprawa za miasto

 

Byłam dzisiaj na pikniku w Somiance nad wielką wodą. Do tej pory myślałam, że wanna to jest duży zbiornik. Ale byłam w strasznym błędzie. To co mi rodzice pokazali to było coś. BUG – to jest woda. Zaczyna się gdzieś z lewej, kończy się gdzieś z prawej. Końca nie widać. A szeroki, aż dech zapiera.

A do tego błoga cisza, wszędzie spokój, odgłosy przyrody, zapach lasu…. po prostu sielanka.