Archive from Wrzesień, 2015
Wrz 29, 2015 - Natalka    Brak komentarzy

Koncert chopinowski

Koncert chopinowski

Jeśli ktoś jest ciekawy co robiłam niezwykłego w niedzielę to zdradzę tajemnicę i powiem że byłam w Łazienkach na koncercie chopinowskim. Pogoda jeszcze dawała radę. Było słonecznie ale bardziej rześko niż ciepło, także potrzebne były kurteczki i czapeczki. Rodzice spotkali się ze znajomymi, a ja wzięłam wózek i dwie lalki na spacer. Mnóstwo ludzi przyszło na ten koncert, wszystkie okoliczne ławki były zajęte, nawet trawniki były pełne melomanów leżących na kocach. Nam udało się znaleźć wolną ławkę niedaleko toi-toi. Miejsce może i nie najlepsze ale i nie najgorsze. Zaczął się koncert. Z fortepianu w powietrze uniosły się dźwięki melodyjnie oplatające szykujące się do opadnięcia z drzew liście. Muzyka była bardzo obrazowa, na początku przypominała mi szybko płynącą rzekę, by wnet zmienić się w biegnącego po łące konia, a potem w lekki deszczyk padający na jabłkowy sad. Kontemplacja muzyką znudziła mi się po 15 minutach. Wskoczyłam na kolana do taty i zaczęłam karmić waflami z kukurydzy. Myślami jednak byłam już na spacerze po parku i karmieniu wiewiórek. Koncert trwał trzy kwadranse i chyba się wszystkim podobał bo na zakończenie było dużo oklasków. Mogliśmy ruszyć na spacer. Rodzice i znajomi dostojnie kroczyli po alejkach a ja uzbrojona w orzechy zaczęłam polowanie na wiewiórki. Polowanie okazało się sukcesem bo nakarmiłam co najmniej z dziesięć wiewiórek. Zakończenie udanej niedzieli i polowania świętowaliśmy w restauracji Lotos jedząc frytki i rosół oraz pijąc soczek i piwo.

Wrz 25, 2015 - Natalka    Brak komentarzy

Naszywka

Dostałam w przedszkolu herbową naszywkę i nie zawaham się jej użyć. Nie wiem jeszcze tylko na jakim ubranku chcę ją nosić i przede wszystkim gdzie znaczek naszyć – na ramieniu, a może na piersi. Kwestię techniczną i niezbędne pozwolenia muszę przegadać i uzyskać od mamy, mojego kierownika wykonawczego projektu. Podejrzewam, że z tatą poszłoby łatwiej bo pewnikiem zgodziłby się nawet naszyć herb na majtkach, tyle tylko że delikatnie mówiąc kwestia estetyki zapewne by kulała. Jeśli ma być dobrze to muszę przepracować temat z mamą. Tato na pocieszenie może zrobić zdjęcie na pamiątkę.

Naszywka

Wrz 21, 2015 - Natalka    1 Komentarz

Akademia tańca

Jak co tydzień rodzice wymyślili dla mnie weekendową atrakcję. Powoli staje się to naszą małą rodzinną tradycją. Tym razem pojechaliśmy na piknik jajka Kinder zwanego Niespodzianką. Nie muszę pisać, że było odlotowo bo to rozumie się samo przez się. Kącik kreatywnego malowania, tor przeszkód, mega puzzle, mega klocki, wesołe klauny, śmieszne mimy, faceci na szczudłach, bańki mydlane i balony. Było co robić. Jednakże największą atrakcją była Akademia tańca. Uśmiechnięte panie ubrane w żółto-niebieskie stroje zachęcały wszystkie dzieci do tańczenia skocznego układu tanecznego w rytm dziecięcych piosenek. Na początku dość ostrożnie i z pewną dozą nieśmiałości podeszłam do tematu bo układ był dosyć trudny. Jednakże na szczęście nie zniechęciłam się od razu i dałam sobie trochę czasu na trening. Po kilku piosenkach, gdy załapałam o co biega, nogi i ręce same zaczęły tańczyć, a przez moje ciało co rusz przebiegały prądy radości. Układ stał się łatwy i przyjemny w odbiorze. Rodzice musieli uzbroić się w cierpliwość bo zrozumieli, że szybko stąd nie odejdziemy. Byłam jak w transie. Panie co chwila podpowiadały kolejne figury, „mokre ręce”, „groźny lew”, „malowanie tęczy” a ja powtarzałam i śpiewałam. Przetańczyłam chyba z 10 piosenek, jak nie więcej kiedy zobaczyłam, że rodzice zaczynają ziewać. Zrozumiałam, że poza sceną jest jeszcze inny świat i pozwoliłam się zaprowadzić do innych atrakcji. Myślami zostałam na parkiecie.

Wrz 18, 2015 - Natalka    Brak komentarzy

Godzinka kultury

Nie samą bajką w telewizorku przedszkolak żyję. Od czasu do czasu przyda się trochę kultury przez duże K. A gdzie najwięcej kultury przez duże K? Oczywiście w teatrze przez duże T. Akurat w miejskim domu kultury „Arsus” wystawiali, nagradzaną oklaskami na wszelkie możliwe sposoby, sztukę o drastycznie brzmiącym tytule – „Troskliwa misia”. Krótki proces myślowy w głowie i już dzwoniłam na komóreczkę do Oli i Madzi do Przasnysza, a zaraz potem wystukałam numer do Majci. Długo nie trzeba było dziewczyn namawiać. Czteroosobowa żeńska ekipa skompletowana. Można się szykować na kulturalne salony. Kiedy przybyłyśmy na miejsce sala pękała już w szwach od głodnych teatralnych wrażeń dzieci z wyraźną przewagą dziewczynek (chłopaki lubią się troszczyć ale o samochody a nie misie). Z głośników leciały wesołe piosenki. Na scenie widoczna była scenografia i rekwizyty. Część dzieci ta mniej cierpliwa latała pod sceną dla zabicia zbyt wolno biegnącego czasu. Oczekiwanie to dla przedszkolaka twardy orzech do zgryzienia. Ale się udało. Światła zgasły, na scenie pojawili się aktorzy i przedstawienie się zaczęło.

Sztuka była świetna. Pomysłowa, śmieszna, ciekawa i z happy endem. Opowiadała o misiu płci żeńskiej, który bardzo chciał pomagać wszystkim zwierzątkom w lesie i szkodniku płci męskiej, którzy bardzo chciał wszystkim robić przykre psikusy. Co Szkudek nabroił to Misiaczka ratowała. Naprawiła wyblakłą tęcze, pomogła mrówką odbudować mrowisko i zaleczyła osiołkowi zwichniętą nóżkę. Prawdziwa troskliwa misia. Na koniec przedstawienia wszystkie dzieci mogły wejść na scenę zrobić sobie z Misią pamiątkowe zdjęcie. Jednakże tłok był tak duży, że zrezygnowałyśmy ze zdjęcia w środku i zrobiłyśmy sobie fotkę na zewnątrz. Uważam, moje koleżanki z ekipy zapewne to potwierdzą, że teatr to super sprawa. A przedstawienie teatralne może być ciekawsze od niejednej bajki. Zresztą godzina kulturki jeszcze nikomu krzywdy nie zrobiła i od czasu do czasu trzeba się odprzedszkolić.

Łyk kultury

Wrz 15, 2015 - Natalka    Brak komentarzy

Park Bajka

Odpoczynek na leżaczkuDawno, dawno temu, za siedmioma górami…tfu tfu co ja plotę. Nie dalej niż przedwczoraj, za dwiema autostradami, siedmioma stacjami benzynowymi, jednym McDonaldem oraz pół godzinki od Warszawy, w miejscowości Błonie znajduje się Park Bajka. I rzeczywiście ten park to bajka. Jeden wielki kolorowy plac zabaw dla dzieci i dorosłych utrzymany w baśniowym klimacie. W parku jest dosłownie wszystko czego dusza zapragnie. Zaraz po wejściu w oczy rzucają się ogromne leżaki, przy których nawet dorośli wyglądają jak niemowlaki. A kukuLeżąc na leżakach można zauważyć wielką fontannę tryskającą dziesiątkami mniejszych sikawek położoną na wzgórzu z którego wypływa rwąca, wijąca się dookoła rzeka. Idealne miejsce aby się pluskać w słoneczny letni dzień. Ale idźmy dalej. Po lewej siłownia i plac zabaw dla mniejszych dzieci. Zaraz za placem zabaw mieści się indiańska wioska z wiklinowymi wigwamami z prawdziwego zdarzenia. Ale to nie wszystko. Zaraz za wioską kącik muzyczny i różne dziwne instrumenty. Zjazd z ruryPrawdziwa kakofonia dźwięków do wypróbowania. A co potem? A już pamiętam. Gabinet krzywych luster. Chcesz być wysoki, a może niski, chudy lub gruby. Nie ma sprawy podejdź do lustra i się przekonaj jak byś wyglądał w nowej posturze. Dookoła wszystkich atrakcji pływają wieloryby. Tak, tak wieloryby. Wielkie ziemne nasypy pokryte trawą z ogonami z drewnianych konstrukcji, oczami-tunelami i grzbietem jako punkt widokowy. SpidergirlKtoś to wpadł na ten pomysł musiał być niesamowicie pozytywnie zakręcony. I wreszcie dochodzimy do głównej atrakcji parku – wielkiego linarium z czterema zjeżdżalniami w kształcie pająka. Dla dzieci lubiących się wspinać, prawdziwy raj na ziemi. Kolorowe liny, które pną się we wszystkie strony świata dające nieskończone możliwości to eksplorowania przestrzeni. Pokazy siły i sprawności przedszkolaków zapierające dech i mrożące krew w żyłach u nie jednego rodzica. Dla dzieci to bułka z masłem. Tak jak mówiłam Park Bajka to bajka. Nic dodać nic ująć.

Wrz 11, 2015 - Natalka    1 Komentarz

Domowy szkodnik

Natalka szkodnikRęka w górę kto nigdy nic nie nabroił. Śmiało, podnosimy dłonie wysoko bym mogła policzyć. Tylko spokojnie, nie wyrywajcie się tak żywiołowo. Tak jak myślałam, rąk w górze tyle co drzew na pustyni. Gdzieś tam majaczy w oddali jakaś oaza, ale pewnie to zwykła fatamorgana. A nawet jeśli to i tak wyjątek potwierdza regułę. Każdy kiedyś coś narozrabiał. Dlatego proszę się nie dziwić że i ja wygrałam w tym miesiącu nagrodę na domowego szkodnika. Tak, tak ściany w przedpokoju pomalowane długopisem w barokowo-gotyckie wzory to moja sprawka. Uszkodzona rama od łóżka chroniąca w nocy przed spadnięciem to także moje dzieło. Ja tylko na chwilę chciałam to zdemontować i samo się ułamało bo nie chciało wyjść. Zabawa nożyczkami też daję dużo możliwości psocenia. Można na przykład wykroić sobie dziurę w koszulce. Tak, tak, udało mi się. Mam tyle siły. Ale nic się takiego nie stało. Co prawda straciłam bawełniany t-shirt ale za to mama zyskała szmatę do podłogi. Także jest też i plus w tej historii. Zresztą nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Najważniejsze to uczyć się na własnych błędach i więcej ich nie powtarzać. I tego się trzymajmy.

Wrz 8, 2015 - Natalka    1 Komentarz

Brukowa prasa dla dzieci

Ostatnio poczyniłam pewną obserwację. Każda topowa bajka odcinkowa ma swoją gazetkę, która również wydawana jest w odcinkach. Tym sposobem mogę przybywać z moimi ulubionymi bohaterami kreskówek być przez cały czas. A żeby było jeszcze zabawniej, do każdej gazetki dodawane są małe zabaweczki, które tematyką nawiązują do przygód bohaterów. Przy tak wyglądającej sytuacji można najpierw pooglądać naszego bohatera w telewizorku, potem czytać o jego przygodach w gazetce a na koniec pobawić się w bohatera przy użycie jego rekwizytów z gazetek. Czym więcej bohaterów tym więcej możliwości i co tydzień coś nowego. Jak przechodzę z mamą obok kiosków to spoglądam na witryny czy przypadkiem nie pojawiło się nowe czasopismo. Oczywiście za każdym razem gorąco, usilnie namawiam na zakup używając wszystkich dostępnych form nacisku. Mama jest delikatnie przychylna do kupowania gazetek, tato twardo stoi po drugiej stronie barykady i uważa, że gazetki to bzdetki. Ani dobre, ani złe. No cóż tato jest radykalny w swych poglądach i raczej nic tego nie zmieni. Ratunek w mamie i dziadkach, którzy rozumieją moje potrzeby i nie szukają dziury w całym dając się od czasu do czasu namówić na zakup brukowca dla dzieci.

Kolorowe gazetki

Wrz 4, 2015 - Natalka    Brak komentarzy

Niejadek

NiejadekCoraz więcej osób zwraca mi uwagę, że jestem chudziutka i pytają czy w ogóle coś jem. Nie wiem skąd te pytania. Jakbym nic nie jadła to by mnie nie było. Wszystkich zatroskanych informuję – jem, piję i śpię i mam się dobrze ale to bardzo dobrze. Jak jestem głodna i burczy w brzuszku to nawet sama upominam się o jedzonko. Ale to ja wiem kiedy jestem głodna, bo to oczywiste, ja jestem właścicielką mojego brzuszka i wiem co w kiszkach piszczy. I uwaga nie jem na zawołanie. Na zawołanie to można zatrzymać taksówkę lub autobus na przystanku. Także proszę się nie dziwić, że nie zjadam z miejsca, podsyłanych pod nos owoców, warzyw, zupek, mięska. Cukierki i lody to osobny rozdział i dla nich jestem czasami skłonna zrobić wyjątek. Ale poświęcać się dla kotleta i surówki z buraków. No proszę. Uwierzcie nie jestem niejadek. Niejadek to może być Tadek. Ze mną to się nie rymuje. Co najwyżej Natalia smukła talia, bo o sylwetkę trzeba dbać. I chyba tyle w temacie. Smacznego.

Wrz 1, 2015 - Natalka    Brak komentarzy

Niedziela na sportowo

Natalka i OliwkaNiedziela 7 rano, każda normalna rodzina śpi i cieszy się możliwością obcowania z poduszką, ale nie nasza bo tata ma bieg i spania nie ma. Co ciekawe to tata ma bieg ale to ja i mama robimy wszystko biegusiem. Śniadanie w biegu, ubieranie w biegu, bieg do samochodu i start z piskiem opon żeby tylko nie spóźnić się na start. Tato w tym czasie zachowuje się jak ślimak po trzech zawałach, powoli dostojnie przesuwa się z miejsca na miejsce myślami błądząc już po czekającej go trasie. Dojeżdżamy na parking przy parku. Ja niewyspana, mama zziajana, tato ożywa jakby ktoś mu zmienił baterie na nówki sztuki. Szybko się z nami pożegnał i zniknął gdzieś w tłumie rozgrzewających się biegaczy. Zostałyśmy na palcu boju same. Na szczęście ktoś mądry pomyślał, że biegacze będą ciągać ze sobą rodziny (bo przecież ktoś ich musi podziwiać) i na czas oczekiwania przygotował atrakcję dla dzieci. Na drugie szczęście w parku spotkałam się z Oliwką, jej tatą oraz dziadkami i z miłą chęcią odkurzyłam starą znajomość. Razem zbierałyśmy naklejki z samochodami w mini konkursach. Oliwka i NatalkaOliwką grając w baseball, ja odpowiadając na pytania i zagadki. A nawet zrobiłyśmy sobie nasze własne zawody sportowe w biegu od rodziców do najbliższej tablicy. Ja wygrałam wśród osób biegnących po lewej stronie ścieżki, a Oliwka okazała się bezkonkurencyjna wśród osób biegnących po prawej stronie. Jeden bieg i dwa złote medale. Szacunek. A tato? A tato przybiegł na metę nie wiem który, bo dawno już zabrakło mi palców do liczenia i wyglądał jak zziajany piesek, ale podobno pobił jakiś rekord. Ale to nie koniec sportowego dnia. Wieczorkiem po obiedzie i lodach, pojechałam na rowerku na miejscowy stadion Ursusa kibicować Mateuszowi i jego drużynie piłkarskiej. Co prawda lokalna ekipa dostała niezłe lanie, ale Mati może mieć podniesioną głowę bo wybronił sporo trudnych strzałów efektownymi paradami i wyjął nawet karnego. To była potężna dawka emocji jak na jeden dzień, także nie powinien dziwić fakt, że usnęłam …w biegu w iście rekordowym tempie.