Archive from Wrzesień, 2016
Wrz 30, 2016 - Natalka    Brak komentarzy

Trzecie zajęcia na basenie

Strój na basenDzisiaj idę na trzecią lekcję pływania. Na drugiej lekcji byłam bardzo dzielna i wcale nie płakałam, a wody bałam się tylko trochę. Uczciwie przepracowałam całe zajęcia i obowiązkowe pluskanie w jacuzzi. Grupę mamy całkiem zgraną i co najważniejsze życzliwą, bo nikt z nikogo się nie śmieje, a nawet sobie pomagamy. Nawet pan Marcel zauważył, że robię postępy i w nagrodę na koniec zajęć, dostałam okulary do pływania. Popołudniu koniecznie muszę je wypróbować i sprawdzić czy rzeczywiście można patrzyć pod wodą. Ciekawe jakie dzisiaj będą ćwiczenia i jakie dziwne zabawy wymyśli pan Marcel. Jedno wiem na pewno, jeszcze nie do końca przekonałam się do basenu i nauki pływania ale chyba najgorsze mam już za sobą i z każdymi zajęciami będzie coraz lepiej. Tego się trzymam.

Wrz 26, 2016 - Natalka    Brak komentarzy

Skarby jesieni

KasztanyJesień znana jest z tego, że przynosi ze sobą skarby. Czerwone jarzębiny, brązowe kasztany i jasnobrązowe żołędzie. Wszystko pochowane wśród kolorowych liści, które majestatycznie opadają z drzew tworząc mozaikę barw jak na palecie u malarza. Ja najbardziej lubię szukać kasztanów, które opadłe z drzewa, często śpią ciepło jeszcze w swoich zielonych kolczastych domkach. Ale co jak jesteś w parku, wśród rozłożystych kasztanowców ale kasztanów brak bo ktoś buszował już tu wcześniej. Na pomoc może przyjść tato i jego zdolność wchodzenia na drzewa. Wystarczy mały smuteczek na buzi, wzrok skrzywdzonej dziewczynki i przeciągłe proszęęęę i tata już na drzewie potrząsa konarami, a kasztany jak gradowe kule spadają w tupotem na ziemię. I znów jest pięknie.

Wrz 23, 2016 - Natalka    Brak komentarzy

Ziemniaki, pyry i kartofle

Na polu ziemniaków z tatąŻycie na wsi to nie jest bajka. To przeważanie ciężka robota od rana do nocy i to w pocie czoła. Ostatnio miałam okazję zasmakować prawdziwego wiejskiego życia na własnej skórze biorąc udział w pospolitym ruszeniu na pole ziemniaków. Cała rodzina zjechała się do Chorzel tylko i wyłącznie w jednym celu, aby pozbierać z pola pyszne brązowe warzywka. Jak się wkrótce okazało, niby jedno warzywo ale o wielu imionach. Bo dla jednych ziemniaki to pyry, dla drugich pyry to kartofle, a dla trzecich kartofle to nic innego jak ziemniaki. Ale wróćmy na pole i ciężkiej pracy. Przyjechałam na pole, patrzę i patrzę ale żadnych ziemniaków nie widzę. Jak się wkrótce okazało, najpierw wujek musiał po polu przejechać traktorem z wielkimi grabiami i przewrócić ziemię. Ziemniaki wyrosły jak grzyby po deszczu. Ciężka pracaKażdy dostał po wiadrze i wio zaczęło się zbieranie. Dzieciaki ruszyły z kopyta na wyścigi kto pierwszy, dorośli nauczeni wieloletnim doświadczeniem zaczęli powoli jak żółwie po zawale. Z wiader przesypywało się ziemniaki do worków, z worków na przyczepę i tak w koło Macieju. Do tej pory znałam ziemniaki głównie od strony frytek, teraz miałam okazję naprawdę przyjrzeć im się z bliska i stwierdzam, że kartofle są śmieszne. Potrafią przybierać najprzeróżniejsze kształty i nadawanie im nazw to świetna zabawa. Śmieszne ziemniakiZnalazłam ziemniaczaną świnkę, owieczkę, minionka, bałwanka. Ekstra. Wkrótce najmłodsi zaczęli odczuwać trudy ciężkiej pracy. Słońce i ciągłe schylanie zrobiły swoje. Entuzjazm opadł, pojawiło się pragnienie i poszukiwanie innych rozrywek. A to był dopiero początek harówki.  Na polu zostali tylko dorośli, którzy też co jakiś czas schodzili na bok trochę odsapnąć i napić się picia. Zbieranie trwało dobre cztery godziny i każdemu dało się we znaki. Na koniec w nagrodę rozpalono ognisko. Były pieczone kiełbaski, chlebek no i oczywiście ziemniaki. Teraz kiedy liznęłam już trochę ciężkiej pracy na roli i wiem ile trudu kosztuje zbieranie ziemniaków obiecuję, że będę się starać zjadać wszystkie frytki z talerza.

Wrz 19, 2016 - Natalka    Brak komentarzy

Nauka pływania

Zaczynam naukę pływania, a właściwie to już zaczęłam naukę gdyż pierwsze zajęcia mam już za sobą. Jak to mówią starzy górale pierwsze koty za płoty. W moim przypadku byłam małym kotkiem, który chciał się wdrapać na wysoki mur. Powiem otwarcie nie było łatwo. Moja grupa liczy 15 śmiałków i tylko cztery dziewczynki wśród których jest moja kuzynka Maja. Nawzajem dodajemy sobie odwagi. Jak na razie nawet ze wspieraniem jesteśmy na etapie wczesno-początkowym. Zajęcia trwały 45 minut, a pierwsze 20 minut był płacz i gluty z nosa. Na szczęście pan Marcel, nasz nauczyciel, jest bardzo miły i wyrozumiały i szybko nawiązał z nami przyjacielski kontakt. To pomogło przełamać pierwszy objawy strachu i drugą część zajęć odbyłyśmy już razem z grupą. Rodzice powiedzieli, że byli dumni, że się nie poddałam tylko byłam dzielna i potrafiłam dołączyć do grupy i normalnie ćwiczyć. Na następnych zajęciach zamierzam podtrzymać mój hart ducha i powoli pokazywać na co mnie stać.

Nauka pływania

Wrz 16, 2016 - Natalka    Brak komentarzy

Smok, kalafiory i dziwne ubiory

Grzeczny smoczek, grzeczny W poprzednim wpisie wspomniałam, że Mati przygotował dla mnie szereg atrakcji związanych z moją wizytą w Wieliczce i Krakowie. Teraz gdy emocje już opadły jak po wielkiej bitwie kurz (gdzie ja ten tekst słyszałam?) mogę co nieco opowiedzieć o atrakcjach. Chodzenia było dużo, zwiedzania jeszcze więcej, a wrażeń tyle że nie sposób wszystkiego zapamiętać. Ale tak naprawdę to w głowie zostały mi tylko smok, kalafiory i dziwne ubiory. Smok oczywiście Wawelski, mieszkający w grocie pod zamkiem i ziejący prawdziwym ogniem. Aby zejść z zamku do groty musiałam pokonać chyba z pięćset kręconych schodów. Kalafiory z Kopalni Soli w Wieliczce, które rosną na suficie, wyglądają jak prawdziwe warzywa i są słone że aż wykręca język na drugą stronę. Solne kalafioryDo kopalni, podziemnego miasta pełnego korytarzy, komór, ciężkich drzwi i wszędobylskiej soli też trzeba było zejść ogromną ilość schodów. Na szczęście na górę wywiozła nas już winda. Ostatnią rzeczą, która utkwiła mi w głowie to dziwne ubiory z globalnej wioski. Parku w którym można było zwiedzać domy z całego świata. Do każdego domku można było wejść, przebrać się i poczuć jak prawdziwy mongoł, eskimos, indianin czy papuas. I to już wszystkie atrakcje, które zakodowałam w głowie, ale bankowo nie wszystkie atrakcje, które zwiedziłam. A reszta. Reszta była tłem dla odświeżenia naszej z Mateuszem znajomości. Jak film z piękną scenografią i ciekawymi miejscami akcji.

Wrz 12, 2016 - Natalka    Brak komentarzy

W odwiedzinach u Matiego

Zwiedzanie Krakowa z MatimRok temu w wakacje byłam na turnusie leczniczym w nadmorskich Dąbkach i tam poznałam super kumpla Mateusza, z którym przez trzy tygodnie dzieliłam dolę i niedolę życia w sanatorium. Nasza zażyłość okazała się na tyle silna, że przetrwała próbę czasu i znaczną odległość. Najpierw były kartki i listy, później także telefony i sms-y aż w końcu udało się zgadać i ustaliliśmy, że przyjmę zaproszenie i odwiedzę Matiego w jego domku w Wieliczce. Mati czekał już na mnie na peronie. Pierwsze minuty były trochę krępujące. Nie widzieliśmy się przecież ponad rok i tak naprawdę nie wiedzieliśmy od czego zacząć odkurzanie naszej znajomości. Na pomoc przyszli rodzice, którzy zaczęli opowiadać o naszych ostatnich dokonaniach i tak od zdania do zdania atmosfera robiła się coraz luźniejsza i bardziej swobodna. Po następnych dwóch godzinach było już pozamiatane. Zaczęliśmy się bawić i rozrabiać jak za starych dobrych czasów. Mati  przyjął mnie iście po królewsku i przewidział bardzo napięty grafik niespodzianek i atrakcji. Był czas na zabawę i zwiedzanie. Poznawanie wielkiego świata i domowego podwórka. Kulinarne dobrze znane smakołyki i odkrywanie nowych smaków. Była nawet nauka tańca. Jedyne czego zabrakło to czasu na sen. Ale kto by się przejmował spaniem jak mieliśmy tylko dwa na odrobienie rocznych zaległości. Wspólnie stwierdziliśmy, że dwa dni to zdecydowanie za mało i żegnając się daliśmy sobie słowo, że niedługo znowu się spotkamy. Tym razem to ja zaproszę Matiego do siebie. Szczegóły zostawiamy w rękach rodziców, niech sprawdzają rozkłady i kupują bilety. My chcemy mieć znowu szalony weekend pełen przyjaźni i zabawy.

Wrz 8, 2016 - Natalka    Brak komentarzy

Prace domowe

LekcjeTato był na wywiadówce w przedszkolu na rozpoczęcie roku i przyniósł do domu wiadomość, która od razu podniosła moje ciśnienie. Od następnego miesiąca w ramach wstępnego przygotowania do życia szkolnego będziemy raz w tygodniu dostawać na weekend pracę domową. Przecież przedszkolaki są od tego żeby się beztrosko bawić i czerpać z życia pełnymi garściami a nie ślęczeć nad zeszytem i wkuwać mądrości tego świata. W pierwszej chwili bardzo się zagotowałam i z miejsca ogłosiłam powszechny bunt, ale jak chwilę pomyślałam i rozłożyłam usłyszaną wiadomość na czynniki pierwsze to doszłam do wniosku, że ten diabeł może być nie taki straszny jak go sobie namalowałam. Do tej pory wszystko co związane z przedszkolem miało więcej plusów niż minusów, także należy mieć nadzieję, że i pod pojęciem prac domowych może kryć się niezła zabawa. Dojście to takiego wniosku znacznie ostudziło moje emocje. Postanowiłam, że nie będę ganić dnia przed zachodem słońca i cierpliwie poczekam co bocian w dziobie przyniesie. Także prace domowe przybywajcie i okażcie swoje oblicze. jestem gotowa podjąć wyzwanie pod warunkiem, że będzie ciekawie, wesoło i nie za długo.

Wrz 4, 2016 - Natalka    2 komentarze

Park Linowy Julinek

Gotowa na trasęMogę być z siebie dumna. Zaliczyłam dzisiaj w Parku Linowym w Julinku naprawdę trudną, długą i wymagającą trasę. To nie było takie pitu pitu jak zazwyczaj jest na trasach dla najmłodszych śmiałków, że niby park linowy a trudniejsze przeszkody są na placach zabaw. Tutaj naprawdę trzeba było mieć siłę misia, zwinność wiewiórki i odwagę lwa. Zresztą to nie była wcale najłatwiejsza trasa, to była już trasa o drugim poziomie trudności. Musiałam założyć uprząż, linkę asekuracyjną i kask. Trasa nazywała się „Wesoły Klaun” i oznaczona była kolorem różowym. Dziewczyński kolor ale i z chłopaków wyciskał niezłe poty. I z ręką na serduchu piszę, że nikt mi nie pomagał. Tata podpowiadał tylko najlepsze rozwiązania, a mama i babcia Mariola dopingując przeżywały każdą przeszkodę razem ze mną i to do tego stopnia, że były chyba na koniec bardziej spocone ode mnie. Ale trasę pokonałam sama. Moimi nogami, moimi rękoma i moją głową. Czuję, że osiągnęłam dzisiaj coś wielkiego.

Wrz 1, 2016 - Natalka    Brak komentarzy

Fontanny wodne

Park Bajka - FontanyJuż kilka razy zdarzyło się, że podczas zwiedzania miasta lub spędzania wolnego czasu w parkach albo miejskich skwerach spotykałam wodne fontanny oblegane przez rzesze wrzeszczących roześmianych dzieci. Ja również miałam wielką chrapkę na zabawę wśród plujących, sikających i tryskających wodą kaskad. Jednakże, za każdym razem mama mówiła, że nie jesteśmy, z uwagi na brak stroju do zmiany, przygotowani na takę ewentualność. I musiałam obejść się wielkim pustym smakiem. Na szczęście do czasu, ostatni weekend wakacji przyniósł spełnienie moich mokrych pragnień i rodzice planując wizytę w Parku Bajka w pierwszej kolejności uwzględnili kąpiel w parkowej fontannie. Pogoda była idealna, żar lał się z nieba i aż prosiło się o to by trochę sobie ulżyć i zmoczyć się nieco. Po przybyciu do parku nie traciłam ani chwili, od razu wskoczyłam w kostium kąpielowy i z marszu rozpoczęłam slalomy wśród strumieni i biczy wodnych. Fantastyczna zabawa, która od razu wpisała się na wysokim miejscu w moim prywatnym rankingu rozrywek.