Archive from Lipiec, 2017
Lip 27, 2017 - Natalka    Brak komentarzy

Tak sobie rozmyślam

Kiedy byłam chora, miałam sporo czasu na przemyślenia. Podczas zabawy czy malowania moje myśli często krążyły po przeróżnych orbitach zawiłości tego świata. Ręce robiły swoje, fizycznie siedziałam na krześle ale duchowo byłam poza ciałem. Byłam i jednocześnie mnie nie było. Rozmyślałam o chorobach, o rodzinie, o płciach, o początku życia i jego końcu. Podczas tych moich wędrówek duchowych, osiągnęłam stan równowagi i chyba nawet ocierałam się o zen. A z całą pewnością urodziły się pytania, które domagają się odpowiedzi. Dlaczego jestem dziewczynką, a nie chłopcem? Dlaczego jedni chorują a drudzy nie? Kiedy rodzice umrą i dlaczego tata chce być pochowany w słoiku? To nie są łatwe pytania. Wiem, bo widziałam miny rodziców po ich usłyszeniu. Ale domagam się odpowiedzi, prawdziwych odpowiedzi, żadnych zdawkowych odczepnych frazesów. Dam trochę czasu, ale muszę wiedzieć. 

Lip 24, 2017 - Natalka    1 Komentarz

Ospa – dzień 13, urodziny Babci Marioli

Odpukać w niemalowane by nie zapeszyć ale po ospie nie ma już praktycznie żadnych śladów. Odzyskałam swój zwyczajny, codzienny żywioł i temperament. Znowu skaczę, biegam a nawet łażę po drzewach. Do przedszkola w tym tygodniu jeszcze nie pójdę, ale to tylko takie dmuchanie na zimne. Lekarz powiedział, że teraz muszę wzmocnić swój organizm po przebytej chorobie i stąd takie środki ostrożności. To tyle w kwestii zdrowia. Przejdźmy do dania głównego minionego weekendu – urodzin babci Marioli. Nie będę pisała które to urodziny, kto bystry sam zgadnie. Imprezka odbyła się na powietrzu przy odpalanym co chwila ognisku. Z głośników cichutko płynął Dżem, tata grillował, mama dmuchała balony, goście hucznie świętowali a babcia żyła chwilą. Świeczki zdmuchnął wiatr. Babcia nie zdążyła, ale kto by się przejmował takimi drobnostkami. Ważne, że torty były pyszne. Czekoladowy i wiśniowo-śmietankowy. Niech żyje babcia Mariola, niech żyje.

   

Lip 20, 2017 - Natalka    Brak komentarzy

Ospa – dzień 9

Ale ja się nudzę i tęsknię. Na taki poziom nudy jeszcze nie wlazłam. Nawet ziewam na ziewanie. I tęsknię. Za przedszkolem, za koleżankami i kolegami, za wygłupami, za codzienną rutyną. Ale jest kilka plusów. Pani doktor powiedziała, że już raczej nie zarażam i mogę wychodzić na spokojne spacery w mało tłoczne miejsca. Także półmetek choroby mam już za sobą. Kolejny atut długotrwałej choroby to zwiększony limit czasowy na oglądanie bajek. Nawet mama jest już zmęczona ospą i przymyka oko „na jeszcze jedną bajeczkę”. I hit choroby – granie w gry na komórce. Tato zainstalował na starej zbierającej kurz komórce grę Candy crush soda saga. Pokazał o co biega, wciągnęłam się i dzięki temu jeszcze jakoś wygrywam z nudą. Do czasu aż się komórka rozładuje. Sprytny tata wiedział co robi. 

Lip 16, 2017 - Natalka    Brak komentarzy

Ospa – dzień 5

Wszystko wydaje się pod kontrolą. Plamek już praktycznie nie przybywa, a te które przywędrowały więdną z nudów i zapewne lada dzień odczepią się ode mnie i dadzą spokój. Największe problemy ze swędzeniem mam w nocy kiedy nie czuję swędzenia i drapię się jak najęta. Nieźle co, nie czuję swędzenia i się drapię. Dlatego śpię z rodzicami i jakoś razem stopujemy moje zapędy. Z dniem dzisiejszym zaszczyt opieki nad chorasem kończy tata, a od jutra pieczę przejmuje mama. Innymi słowy koniec ze wspólnym, kanapowym oglądaniem relacji sportowych, na poczet…no właśnie czego. Niebawem się okaże. Z ciekawostek mogę zdradzić, że aby nie siedzieć tylko w chałupie wczorajsze śniadanie zjedliśmy na balkonie na słoneczku. Taki piknik na kocyku. Jaja z nudów jeszcze nie zniosłam, ale nie trzeba być wróżką by zgadnąć, że niedługo zacznę coś wysiadywać.

Lip 13, 2017 - Natalka    Brak komentarzy

Ospa

Wpadłam jak śliwka w kompot. Doktor nie miał wczoraj żadnych problemów z diagnozą. Przyplątała się do mnie ospa wietrzna. Dobrze, że nie wieczna bo to by pewnie długo trwało. Ale wietrzna…pewnie za długo siedziałam w przeciągach albo na wietrze. Zaczęło się niewinnie od jednej plamki. Później była druga i trzecia, rano już była cała rodzina, a teraz jak piszę to pokrywa mnie już tyle plamek co mrówek w mrowisku. I ciągle przychodzą znajomi tych mrówek. I swędzą. I są wszędzie. I swędzą. I swędzą. I nie wolno ich drapać. Masakra. Mam smarować plamki białą pianką i kąpać się w różowej kąpieli. Kuracja ma trwać minimum dwa tygodnie, aż plamki uschną i odlecą. Najgorsze to że nie mogę chodzić do przedszkola. Muszę kiblować w domu by nie złapać dodatkowej choroby oraz by nie zarazić zdrowych dzieci. Dzisiaj drugi dzień kwarantanny. Na razie nie zbzikowałam.

Lip 10, 2017 - Natalka    1 Komentarz

Ślubne trio

Przeżyłam niezwykle uroczysty i podniosły weekend. Po raz pierwszy w pełni świadoma tego co się dzieje dookoła byłam świadkiem ślubu, gościem na weselu i imprezowiczką na poprawinach. A wszystko to z okazji połączenia nierozerwalnym węzłem miłości i oddania wujka Kamila i cioci Joasi. Takie cudowne ślubne trio. Intensywne, fantastyczne dwa dni wrażeń. Wszyscy goście byli w odświętnych strojach. Panie w pięknych sukniach, panowie w garniturach. Oczywiście najładniej wyglądali Państwo Młodzi. W kościele podczas właściwej ceremonii, moment przysięgi małżeńskiej i wkładania obrączek tak mnie wzruszył, że wszystko oglądałam z rękoma na sercu. Sala balowa była wspaniała. Jedno wielkie WOW. Miałam nawet własną karteczkę z imieniem, gdzie mam siedzieć przy stole i czekał na mnie mały prezencik w postaci słoiczka z miodem. Pyszne jedzenie, muzyka na żywo i pełna swoboda działania. Rodzice co jakiś czas tłumaczyli mi kolejne etapy wesela abym w pełni zrozumiała co tak naprawdę dzieje się na sali. Pierwszy taniec, tort weselny, podziękowania dla rodziców, biesiada przy stołach, oczepiny. Od północy oczy kleiły się do snu niemiłosiernie, ale walczyłam do upadłego aby wszystko przeżyć do końca. Odpadłam o drugiej w nocy na kolanach mamy, zasypiając trzy metry od głośnika. A następnego dnia poprawka z rozrywki. Nie ma spania, bawimy się dalej. Oczepiny to takie wesele na luzie. To taka rodzinna impreza w wygodnym ubraniu i przeżywanie wczorajszego dnia na nowo w rozmowach przy stole i na parkiecie. Zjadłam pyszny żurek, popiłam fantą i poleciałam się bawić. Dziękując za dwa dni wspaniałych wrażeń życzę Młodej Parze aby ich związek był jak z bajki, pełen przygód i zawsze ze szczęśliwym zakończeniem.     

Lip 5, 2017 - Natalka    Brak komentarzy

W przerwie między opadami

Przyszło lato. Słońca brak. Ciągle pada. Ni ciepło, ni zimno. Tak w skrócie można na razie opisać to co się dzieje w pogodzie na przełomie czerwca i lipca. Aktywności na dworze ograniczone są do przerw między opadami i burzami. Jak zbliża się koniec deszczu wskakuje w trampki i śmigam na powietrze co rusz spoglądając na niebo w poszukiwaniu kolejnych ciemnych chmur. Zawsze mam pod ręką parasolkę i nie zapuszczam się za daleko co by sucha zdążyć się schować przed kolejnym prysznicem. W ten sprytny sposób udało się zaliczyć teatrzyk dla dzieci  pod chmurką, piknik w parku ale bardzo blisko samochodu, kolejną lekcję jazdy na rolkach czy też szybki wypad na lody. Także tragedii nie ma. Da się żyć.   

Lip 2, 2017 - Natalka    Brak komentarzy

Jęczybuła

Taryfa ulgowa się skończyła. Jak byłam młodsza to rodzice pozwalali i robili za mnie wszystko. Tak przynajmniej mi się wydawało. Dzisiaj już nie jest tak różowo. Pojawiły się obowiązki, część rzeczy muszę zrobić sama bo nikt już nie chce mi pomagać. Nie jestem już księżniczką na ziarnku grochu. Lokaje byli ale się zmyli. A wymagania zostały. Przyzwyczaiłam się do usługiwania i taka nagła zmiana frontu ze strony rodziców przywitana została gromkimi fochami i marudzeniem. Po prostu nie chce mi się robić tych rzeczy. Jeśli chodzi o pomaganie to moja pupa jest wyjątkowo ciężka w tych momentach, o rękach i nogach nie mówiąc. W związku z powyższym zyskałam nowy przydomek – Jęczybuła. Na początku rodzice z humorem podchodzili do mojego nowego stanu ducha, ale powoli nie widząc poprawy w zachowaniu, dzień po dniu ich cierpliwość się wyczerpywała. Aż dwa dniu temu miarka się przebrała. Moje jęczybulstwo przy ubieraniu musiało przekroczyć niewidzialną granicę, bo spotkała mnie pierwsza w życiu kara zakazu. Rodzice stwierdzili, że za moje niepoprawne zachowanie cofają obietnicę pójścia na lody. To zabolało. Polały się łzy i gorzkie żale. Świat jest zły i niesprawiedliwy, a tata, który wymyślił tą karę jest najgorszy ze wszystkich. Gdy się uspokoiłam to byłam już grzeczna jak aniołek. Kara jednak została. I jęczybulstwo na razie jeszcze też.